|
Zniknęło ponad 200 tys. kart kredytowych 19.04.2010 |
|
Karty kredytowe w 2009 roku 19.04.2010
Zniknęło ponad 200 tys. kart kredytowych
W ostatnim kwartale zeszłego roku w większości banków ubyło kart kredytowych. O 10 i więcej procent skurczyły się wachlarze kart w Pekao, BPH oraz Kredyt Banku. Mocno stopniały też zasoby kart kredytowych w AIG Banku (-8 proc.) oraz BNP Paribas Fortis (-6 proc.). Ubyło właścicieli kart kredytowych Millennium, Citi Banku Handlowego, ING BSK i Raiffeisen Banku. Spadek robi wrażenie. Na 19 banków, w których Gold Finance zbierał dane, plastików ubyło w 10 instytucjach. Od września do grudnia 2009 r. zniknęło grubo ponad 200 tys. kart (Kredyt Bank nie podaje konkretnych danych).
Kupuj na kartę debetową
Kryzys finansowy przynajmniej na jakiś czas zmienił taktykę działania ilościowego na jakościowe. Rozdawanie kart kredytowych przy byle okazji przeszło do historii. Nie ma już dziś mowy o złotych kartach kredytowych przy zarobkach rzędu 600 zł. Banki zdeterminowane do cross sellingu, obecnie zamiast wręczać klientom karty kredytowe, oczekują, że ci odpowiednią liczbę transakcji bezgotówkowych wykonają kartą debetową podłączoną do zasobów na koncie. Teraz banki robią porządek w portfelach z kartami kredytowymi. Obniżają limity kredytowe na kartach i odbierają plastik klientom, którym boją się zaufać. Nie czekają już cierpliwe, aż ktoś aktywuje kartę, którą miesiącami trzymał w szufladzie. Obawiają się, że może być to akt desperacji przekredytowanej osoby. Podstaw do tego nie brakuje. Jak wynika z danych Komisji Nadzoru Finansowego, długi zaciągane na kartach spłacają się gorzej niż całość kredytów konsumpcyjnych. Jak podała KNF, na koniec września 2009 r. (świeższych danych wciąż nie ma) odsetek złych kredytów na kartach sięgał 10,6 proc., wobec 9,4 proc. dla ogółu kredytów konsumpcyjnych (gdzie dominują pożyczki gotówkowe). Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że z kredytu na karcie poza okresem bezodsetkowym w praktyce korzysta ok. 30-40 proc. osób, to okaże się, że przy podanych statystykach (10,6 proc.) niemal co trzecia z nich nie jest w stanie poradzić sobie z problemem zadłużenia na karcie.
…oddaj kredytową , bo za mało zarabiasz
Jak same banki tłumaczą ubytki kart? - Sprzedaż zmniejszyła się na skutek "podniesienia poprzeczki" dla nowych klientów. Zwiększyliśmy też wymagania wobec klientów, którym kończył się okres umowy. Skutkiem była większa niż wcześniej skala zamknięcia kart kredytowych – mówi Tomasz Geburczyk, dyrektor Segmentów Klientów Indywidualnych BZ WBK. - Obie przyczyny to świadomy wybór banku, związany z chęcią utrzymania wysokiej jakości portfela, ale również względy etyczne – dodaje. W BPH różnica w liczbie kart kredytowych na koniec trzeciego kwartału wobec końca czwartego kwartału (ubytek 159 tys. kart w obu bankach po połączeniu potentata karcianego rynku - GE Money Bank z BPH) wynika z ujednolicenia definicji aktywnych kart kredytowych. - Dodatkowo w samym czwartym kwartale w wyniku zaostrzenia polityki kredytowej nastąpił niewielki spadek liczby kart – wyjaśnia Aleksandra Kwiatkowska, rzecznik BPH. W trendzie spadkowym znalazł się też Kredyt Bank. Bank nie podaje danych, ale kłopoty z consumer finance z powodu przekredytowania się wielu klientów sprawiły, że karty kredytowe straciło wiele osób. Bank wycofał też karty nieaktywne i w zeszłym roku wprowadził nowe, bardziej restrykcyjne zasady ich przyznawania. Z kolei w Pekao, jak tłumaczy Anna Papka, po wymianie kart kredytowych część klientów nie zdecydowała się jeszcze na aktywowanie nowego plastiku. Z drugiej strony, w warunkach ostrzejszego podejścia do zdolności kredytowej, aby zwiększyć swoją szansę na uzyskanie kredytu, klienci niejednokrotnie sami rezygnują z karty.
Na całym rynku kart wciąż przybywa
Jak wynika z danych NBP, na całym rynku liczba kart kredytowych cały czas rośnie. Na koniec 2009 r. było ich prawie 11,05 mln sztuk, o 301 tys. więcej niż po trzech kwartałach 2009 r. i 1,64 mln więcej niż na koniec grudnia 2008 r. Sytuację tę można wytłumaczyć częściowo przyrostem kart kredytowych w bankach consumer finance - Cetelem i Sygma. Banki nie chcą podawać żadnych danych przed operacyjnym połączeniem. Ostatnie liczby pochodzą z końca I kwartału 2009 r. Wówczas Cetelem pokazał 1490 tys. kart (wszystkie posiadane), a Sygma Bank - 600 tys. (aktywne). Zarówno Cetelem jak i Sygma na kartach kredytowych wypłacają też nadal nieźle spłacane kredyty ratalne. To mogłoby w jakiś sposób tłumaczyć rosnącą statystykę. Na powiększający się portfel kredytówek wpływ może mieć także aktywność banków spółdzielczych. Tym bardziej, że klienci banków spółdzielczych posiadający karty kredytowe, na tle całego rynku są czyści jak kryształ. Odsetek złych kredytów na kartach wynosi tu zaledwie 1,9 proc.
| Liczba kart kredytowych na całym rynku |
| Rok |
Liczba (tys.sztuk) |
Przyrost (tys. sztuk) |
| 2004 r. |
1996 |
|
| 2005 r. |
4384 |
2387 |
| 2006 r. |
6354 |
1970 |
| 2007 r. |
7813 |
1458 |
| 2008 r. |
9405 |
1592 |
| I kw. 2009 |
9701 |
296 |
| II kw. 2009 |
9955 |
254 |
| III kw.2009 |
10746 |
791 |
| IV kw. 2009 |
11047 |
301 |
Źródło: NBP
Najwięcej kart mają: BPH, Lukas Bank i PKO BP
Liderem rynku kart kredytowych, mimo dużego ubytku, pozostaje BPH. Bank ten po połączeniu z GE Money Bankiem ma ich ponad 1,4 mln sztuk. Drugi jest Lukas Bank z ponad 1,37 mln kart, a trzeci PKO BP, który ma powyżej 1,1 mln kart kredytowych. Bank ten zwiększył dzielący go dystans od czwartego na tym rynku Citi Banku Handlowego (1,03 mln).
| Liczba kart kredytowych (tys. sztuk) |
| Bank |
Wrzesień 2009 r. |
Grudzień 2009 r. |
Zmiana w tys. sztuk |
Zmiana (proc.) |
| BPH (po połączeniu z GE Money Bank) |
1574 |
1415 |
-159 |
-10 |
| Lukas Bank |
1376 |
1371,1 |
-4,9 |
0 |
| PKO BP |
1064 |
1106 |
42 |
4 |
| Citi Handlowy |
1051,5 |
1031,1 |
-20,4 |
-2 |
| Kredyt Bank |
532 |
bd |
|
spadek |
| Millennium |
520 |
505,0 |
-15 |
-3 |
| Pekao |
496,9 |
439,7 |
-57,2 |
-12 |
| mBank |
330,7 |
341,9 |
11,2 |
3 |
| BZ WBK |
329,3 |
323 |
-6,3 |
-2 |
| ING BSK |
257,7 |
254 |
-3,7 |
-1 |
| AIG Bank |
267,1 |
246,8 |
-20,3 |
-8 |
| Euro Bank |
173 |
174 |
1 |
1 |
| MultiBank |
150,9 |
157,1 |
6,2 |
4 |
| Raiffeisen Bank |
127,5 |
121,0 |
-6,5 |
-5 |
| BNP Paribas Fortis** |
83 |
78 |
-5 |
-6 |
| DB PBC |
45,9 |
52,2 |
6,3 |
14 |
| Alior Bank |
7,3 |
51,1 |
43,8 |
600 |
| Bank BGŻ |
42,6 |
44,3 |
1,7 |
4 |
| Nordea Bank |
32,4 |
32,4 |
0 |
0 |
| Na całym rynku |
10746 |
11047 |
301 |
3 |
Źródło: banki, Gold Finance
Halina Kochalska,
Analityk Gold Finance
Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.
|
|
|
Urodziny warszawskiej giełdy bez szampana i statystyki 16.04.2010 |
|
Urodziny warszawskiej giełdy bez szampana i statystyki 16.04.2010
Pełnoletniość osiągnęła rok temu. Okrągłą rocznicę obchodzić będzie za dwanaście miesięcy. Dziś nie jest dobry czas na świętowanie, ale nie sposób nie wspomnieć, że równo dziewiętnaście lat temu odbyła się pierwsza sesja na warszawskiej giełdzie. W 1991 roku warszawska giełda stawiała pierwsze kroki. Była instytucją tworzoną przez niezbyt liczną grupkę pasjonatów. Wyglądała jak kwiatek przy kusym nieco kożuchu odradzającej się „normalnej” gospodarki. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, wspomnienia pierwszych sesji, czy nawet pierwszych lat funkcjonowania giełdy, jawią się niczym opowieści z epoki kamienia łupanego. Wówczas wyglądało to jednak zupełnie inaczej. Do tego symboliczne miejsce - sala notowań, w której jeszcze do niedawna odbywały się posiedzenia Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Tylko giełdowy parkiet, układany i lakierowany, na godziny przed pierwszym notowaniem starał się zacierać całkiem świeże wówczas skojarzenia. Handel akcjami pięciu spółek „toczył się” raz w tygodniu. Zlecenia kupna i sprzedaży akcji formatu A4 wypełniało się ręcznie przy nielicznych bankowych okienkach. Łatwo było do nich trafić, bo przez wiele miesięcy były to te, przy których nie było kolejki klientów. Po przekazaniu na giełdę, dyspozycje klientów „przetwarzane” były w zlecenia maklerskie. Dla lepszej orientacji i ułatwienia, karteczki dotyczące kupna były w innym kolorze niż te, w których chodziło o sprzedaż akcji. Oba rodzaje zleceń mieściły się przez długi czas w dwóch odrębnych kartonowych pojemnikach wielkości pudełka na buty. Kursy akcji wypisywano flamastrem na plastikowej tablicy. Po kilku miesiącach działania, giełda dostała w prezencie od notowanego na jej parkiecie Tonsilu kilka głośników i mikrofonów. Wszystko po to, by głos ówczesnego prezesa giełdy, Wiesława Rozłuckiego, obwieszczającego wyniki sesji, mógł się bez trudu przedrzeć przez gwar coraz większej liczby inwestorów przybywających na parkiet. Wkrótce rynek kapitałowy rozwinął się tak dynamicznie, że w dniu sesji przejażdżka windą w budynku przy Nowym Świecie 6/12 była marzeniem ściętej głowy. „Tłumy” inwestorów podążały schodami na piąte piętro, krok po kroku. Po ogłoszeniu wyników jeszcze tylko kilkadziesiąt minut w kolejce po kserokopię z notowaniami i żegnamy giełdę do następnego wtorku. Dziś giełdowy parkiet to jedynie czysta abstrakcja. Większość inwestorów w budynku giełdy nigdy nie była, bo i po co. A czas między kolejnymi transakcjami mierzy się nie w dniach, lecz sekundach. Dawne czasy miło powspominać, ale tęsknić nie ma za czym. Mamy więc święto bez szampana, wiadomo dlaczego. Mamy też wspomnienie bez statystyki, bo cóż tu porównywać.
Roman Przasnyski
Główny Analityk Gold Finance
Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.
|
|
|
Inflacja nadal idzie w dół 15.04.2010 |
|
Inflacja nadal idzie w dół 15.04.2010 komentarz
Zgodnie z dość powszechnymi oczekiwaniami ekonomistów, wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wyniósł w marcu 2,6 proc. Sprawdzają się więc prognozy, mówiące o przynajmniej kilkumiesięcznej tendencji hamowania tempa inflacji. Według najbardziej optymistycznych przewidywań, może ona wynieść w połowie roku nawet 1,5 proc. Po styczniowym wzroście wskaźnika inflacji do 3,5 proc., od dwóch miesięcy mamy do czynienia z jego wyraźnym obniżaniem się. Tendencja ta powinna być kontynuowana w najbliższych miesiącach. Do niedawna oczekiwano ponownego zwiększenia się tempa wzrostu cen pod koniec roku. Trudno bowiem przypuszczać, by pozostawało ono na bardzo niskim poziomie w warunkach przyspieszania wzrostu naszej gospodarki. Wszystko zaś wskazuje na to, że będzie się ona rozwijać coraz bardziej dynamicznie. To, czy inflacja rzeczywiście zwiększy się w ostatnich miesiącach roku, zależeć będzie jednak także od sytuacji na rynku walutowym. Umocnienie się złotego, obserwowane od kilkunastu miesięcy, może powodować, że inflacja pozostanie na niskim poziomie przez dłuższy czas. Jeszcze kilka tygodni temu przedstawiciele banku centralnego prezentowali scenariusz, według którego utrzymywanie stóp procentowych na dotychczasowym niskim poziomie powodowałoby, że inflacja mogłaby wzrosnąć nawet do 4 proc. Teraz pojawiły się obawy, że wskutek umocnienia naszej waluty, inflacja mogłaby zejść znacznie poniżej celu inflacyjnego, ustalonego przez Narodowy Bank Polski. Z niższą niż w marcu inflacją mieliśmy do czynienia ostatni raz we wrześniu 2007 r. Warto też przypomnieć, że bardzo niski poziom inflacji utrzymywał się od połowy 2005 r. do września 2007 r., a więc w okresie, gdy nasza gospodarka rozwijała się w tempie od 3 do 6,5 proc. Od grudnia 2005 r. do czerwca 2006 r. inflacja utrzymywała się poniżej 1 proc. W marcu, podobnie jak miesiąc wcześniej, ceny usług transportowych skoczyły najmocniej, bo aż o 8,4 proc. w porównaniu z marcem ubiegłego roku. Wpłynął na to 15,6 proc. wzrost cen paliwa. O 3,8 proc. zwiększyły się ceny usług hotelarskich i restauracji. Koszty związane z użytkowaniem mieszkania i nośnikami energii wzrosły o 3,5 proc. Tendencje cenowe w tych grupach towarów i usług utrzymują się już od kilku miesięcy. Podobnie jak spadek cen odzieży i obuwia, który w marcu wyniósł 4,6 proc. oraz usług telekomunikacyjnych zniżkujących o 1,5 proc. Ceny żywności zwiększyły się o 2,6 proc., czyli dokładnie o tyle samo, ile wyniósł ogólny wskaźnik inflacji. Jednak wyłączając z tej grupy napoje alkoholowe i wyroby tytoniowe, wzrost wyniósł jedynie 1,4 proc.
Roman Przasnyski
Główny Analityk Gold Finance
Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.
|
|
|
Lekka niepewność na rynkach, gospodarka niewzruszona 12.04.2010 |
|
Lekka niepewność na rynkach, gospodarka niewzruszona 12.04.2010
Analizowanie wpływu tragicznej katastrofy na sytuację rynków finansowych i gospodarki może wydawać się niezbyt stosowne, jednak nie sposób tego uniknąć. Tego typu wydarzenia zawsze budzą niepokój i obawy nie tylko inwestorów, ale wszystkich Polaków. Gospodarka wobec tragedii pozostaje niewzruszona. Nie doznała uszczerbku i nie należy się spodziewać żadnych negatywnych konsekwencji sobotnich wydarzeń. Co prawda pojawiają się spekulacje w związku ze zmianą układu sił politycznych, które mogą wpłynąć na zagadnienia związane z finansami państwa, ich reformowaniem, czy polityką prywatyzacji. Nie są one jednak uzasadnione. Do tej pory plany prywatyzacyjne nie napotykały specjalnych przeszkód, a potrzeba zmian w systemie finansów publicznych nie była kwestionowana, mimo naturalnych różnic między koalicją a opozycją. Zmian ani w sferze realnej gospodarki, ani w finansowej nie należy się więc spodziewać. Naturalne jest natomiast, że największy niepokój pojawia się na rynkach finansowych. Jak pokazują poniedziałkowe notowania, nie jest on zbyt duży. Na warszawskim parkiecie niewielkie wahania i pewną dezorientację można było zauważyć jedynie w pierwszych minutach handlu. Główne indeksy zaczęły dzień od niewielkiego spadku sięgającego 0,2-0,3 proc. Szybko jednak znalazły się nad kreską. Na rynkach akcji sytuacja będzie zależała przede wszystkim od tego, co będzie działo się na giełdach europejskich, a przede wszystkim na Wall Street. Nieco bardziej wrażliwy jest rynek walutowy. Tym bardziej, że katastrofa wydarzyła się w momencie, gdy sporo się na nim działo. Chodzi przede wszystkim o piątkową interwencję Narodowego Banku Polskiego, mającą na celu osłabienie naszej waluty oraz zmiany sytuacji na rynku światowym, w związku z pomocą Unii Europejskiej dla Grecji. Interwencja okazała się niezwykle skuteczna, jednak chyba na krótko. Mimo śmierci prezesa Sławomira Skrzypka, gdy wydawałoby się, że nastąpi osłabienie naszej waluty w związku ze wzrostem niepewności, dziś po chwilowym osłabieniu się wobec euro, złoty znów zaczął zyskiwać. Niepokój powinien szybko ustąpić, bo ciągłość działalności banku centralnego jest zapewniona. Trudno też spekulować, że zmieni się polityka NBP wobec interwencji walutowych. Decyzje w tej sprawie z pewnością nie były podejmowane jednoosobowo, zaś głównym „ekspertem” w tej dziedzinie i znanym zwolennikiem tej formy jest wiceprezes Witold Koziński. Tym bardziej trudno spodziewać się istotnych zmian w sferze polityki pieniężnej.
Roman Przasnyski
Główny Analityk Gold Finance
Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.
|
|
|
Interwencja w czworokącie bermudzkim 12.04.2010 |
|
Interwencja w czworokącie bermudzkim 12.04.2010
Piątkowa interwencja Narodowego Banku Polskiego na rynku walutowym stała się sensacją na miarę - jeśli nie dziesięciolecia, bo tyle mniej więcej bank centralny od takich działań się powstrzymywał - to przynajmniej tygodnia. Od kilku dni huczało od słownych interwencji, w których przedstawiciele ministerstwa finansów i gospodarki, banku centralnego i wreszcie Rady Polityki Pieniężnej „przekonywali”, że nasza waluta jest zbyt mocna. Czy raczej, że zbyt szybko się umacnia. Szybkie przejście od słów do czynów było chyba jednak zbyt szybkie. Wyglądało wręcz na to, że bank centralny chce koniecznie doświadczyć tego, „jak to się robi” i pokazać rynkowi, że jest zdeterminowany, by złotego bronić przed umocnieniem się. Trudno sobie bowiem wyobrazić, by osoby odpowiedzialne za podjęcie decyzji o interwencji nie zdawały sobie sprawy, że przemożny wpływ na naszą walutę ma sytuacja na rynkach światowych. Teraz przede wszystkim chodziło o potężne osłabienie wspólnej waluty wskutek zawirowań wokół Grecji. W piątek było przecież doskonale wiadomo, że w niedzielę nastąpi spotkanie ministrów finansów, na którym zapadną decyzje o pomocy dla Grecji. To zaś może radykalnie zmienić układ sił między euro i dolarem. Wydaje się, że sensowniej byłoby poczekać na rozwój sytuacji i reagować spokojniej, w zależności od tego, co będzie się działo. Z dzisiejszej perspektywy widać, że takie działanie byłoby uzasadnione. Już od czwartku euro odrabiało straty wobec dolara. W piątek tendencja wyraźnie przyspieszyła, a dziś kurs wspólnej waluty skoczył do 1,369 dolara, czyli do poziomu najwyższego od połowy marca. W takiej sytuacji w sposób naturalny doszło do osłabienia złotego wobec euro. Oczywiście dziś trudno „gdybać”, jaki byłby teraz kurs euro, gdyby nie piątkowa interwencja. Można jednak stwierdzić, że na pewno byłby wyższy od tego, przy którym interwencja się rozpoczęła. W poniedziałek handel rozpoczął się od 3,888 zł za euro, czyli zbliżonego do najwyższego poziomu osiągniętego w piątek po interwencji. I w piątek i dziś widać jednak „chęć” do umacniania się naszej waluty. Z najwyższego poziomu kurs euro szybko spadał o około 2 grosze. A przecież w związku z tragicznymi wydarzeniami z soboty i śmiercią prezesa banku centralnego, można było się spodziewać raczej osłabienia złotego. Drugi „bok” tytułowego czworokąta to nasza sytuacja „wewnętrzna”. Trzeba zauważyć, że trwająca od lutego ubiegłego roku tendencja umacniania się naszej waluty jest pochodną jej gigantycznego osłabienia, z jakim mieliśmy do czynienia od jesieni 2008 r. do lutego 2009 r. Kurs euro skoczył z 3,2 do 4,9 zł, czyli o prawie 54 proc. Od lutego ubiegłego roku do dziś, złoty umocnił się o ponad 21 proc. Jest więc w połowie dystansu między skrajnymi poziomami z sierpnia 2008 r. oraz lutego 2009 r. i na poziomie z pierwszej połowy 2007 r. Przez większą część trwania tej tendencji mówiło się, że złoty wciąż jest niedowartościowany, biorąc pod uwagę sytuację i perspektywy naszej gospodarki. Trzeci „bok” to ogromny popyt na nasze papiery skarbowe ze strony inwestorów zagranicznych oraz prywatyzacja polskich firm. Powoduje to popyt na naszą walutę, a więc tendencję do umacniania się. Emisje papierów dłużnych i prywatyzacja są z kolei warunkowane sytuacją budżetu i nie można ograniczyć ich skali. Paradoksalnie nienajlepszy stan naszych finansów publicznych, przynajmniej w tej fazie, sprzyja umocnieniu się złotego. I wreszcie czwarta „krawędź”. Zapowiadana od kilku tygodni potrzeba podwyżek stóp procentowych także w sposób naturalny wpływa na umocnienie się złotego. I tu też mamy klincz. Z jednej strony potrzeba zaostrzenia polityki pieniężnej, z punktu widzenia stanu gospodarki i tendencji inflacyjnych, byłaby jak najbardziej uzasadniona. Z drugiej zaś, wzmacniałaby nadmiernie walutę. Być może właśnie te uwarunkowania spowodowały reakcję w postaci interwencji. Tyle tylko, że interweniowanie wbrew tak silnym i „uzasadnionym” czynnikom musi być działaniem trwałym, a zatem i kosztownym, i ryzykownym. Jednorazowa „akcja” niewiele daje. Ma pewne znaczenie psychologiczne i działa odstraszająco na „spekulantów”, którzy będą mieć się na baczności, ale też może ich skłonić do bardziej aktywnego działania. Doświadczenie wskazuje, że często już tylko ujawnienie chęci i możliwości działania bywa bardziej skuteczne niż samo działanie. A z pewnością mniej kosztowne. Pośpiech, czy wręcz niecierpliwość, z jaką bank centralny przeszedł od słów do czynów, były co najmniej zastanawiające. Gdyby nie powszechna aprobata dla interwencji, zarówno ze strony resortu finansów, jak i Rady Polityki Pieniężnej, można by sądzić, że był to element „gry” o wielkość zysku, jaki miałby trafić z NBP do budżetu. Bo przecież konieczność dokonywania interwencji mogłaby posłużyć jako dodatkowy argument za zostawieniem większej części „kasy” w banku.
Roman Przasnyski
Główny Analityk Gold Finance
Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.
|
|
|