poniedziałek 06 wrzesień 2010
 
 
 
Strona główna
Gold Finance - Informacje z Rynku
Spadł apetyt na kredyty, jeśli kupować to za swoje 05.05.2010

Spadł apetyt na kredyty, jeśli kupować to za swoje 05.05.2010 komentarz
 
Polacy patrzą w przyszłość z dużo większym optymizmem niż na początku roku, ale wcale nie palą się do zaciągania kredytów tak jak wcześniej - wynika z najnowszych badań Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych i Instytutu Gospodarczego SGH. Kryzys finansowy najwyraźniej zrobił swoje. Do pożyczania podchodzimy z większą ostrożnością i jak najwięcej zakupów chcemy sfinansować z własnej kieszeni. Marzą się nam nawet mieszkania za zaskórniaki. Na pytanie KPF - Jak sfinansujesz poważne zakupy? W kwietniu tylko w przypadku zakupu samochodu ankietowani częściej niż w styczniu wskazywali pożyczenie całej potrzebnej kwoty. Gdy na początku roku taki pomysł miało 18 proc. pytanych, tym razem było ich 22 proc. Ale na tym koniec odpowiedzi sprzyjających kredytom.

W wynikach badań uderza bardzo mocny wzrost przekonania Polaków, że najlepiej jest liczyć na siebie. Gdy w styczniu dobra trwałe, czyli sprzęt RTV, AGD czy meble chciało sfinansować z własnej kieszeni niecałe 43 proc. ankietowanych, to teraz taki plan ma już co drugi badany. W przypadku zakupu auta, owszem, wzrosła chęć do skredytowania całości pojazdu, ale grupa planująca kupić samochód za swoje pieniądze zwiększyła się jeszcze bardziej, bo z 43 do 57 proc.! Finansowanie wydatków na remont domu i mieszkanie z innych źródeł niż pożyczki planuje obecnie blisko 67 proc. wobec 55 proc. kwartał temu. Najbardziej spektakularna jest jednak zmiana w podejściu do finansowania budowy mieszkania i domu. Choć wydatek - siłą rzeczy - jest ogromny, to obecnie chętnych do poradzenia sobie z nim samodzielnie czy z pomocą rodziny jest aż 43 proc. Dla porównania, w styczniu grupa ta nie sięgała nawet 18 proc. Jesteśmy jednak realistami i zdajemy sobie sprawę, że nasze oszczędności są mocno ograniczone. Dlatego w ciągu 12 najbliższych miesięcy mniej Polaków planuje zakup mieszkania, samochodu czy innych dóbr trwałych – wskazuje KPF.

Halina Kochalska,
Analityk Gold Finance

Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.

 

Gold Finance on Facebook
 
Złoty w cieniu PIIGS 05.05.2010

Złoty w cieniu PIIGS 05.05.2010 komentarz

Fatalna atmosfera na rynkach finansowych, związana z obawami o wypłacalność Grecji i pozostałych krajów grupy PIIGS, mocno nadwyrężyła kondycję naszej waluty. Dziś kurs dolara przekroczył poziom 3,1 zł, euro zdrożało do ponad 4 zł, a za franka trzeba było płacić już 2,8 zł. Zaledwie miesiąc wcześniej Narodowy Bank Polski interweniował na rynku walutowym w celu osłabienia nadmiernie umacniającego się złotego. Dziś po ówczesnych kłopotach nie ma śladu. Można się zastanawiać, czy wkrótce nie dojdzie do interwencji w przeciwnym kierunku. Od połowy kwietnia dolar zdrożał z 2,822 do 3,12 zł, czyli o prawie 30 groszy. Oznacza to ponad 10 proc. osłabienie naszej waluty. O ponad 21 groszy, czyli o 5,6 proc. straciła nasza waluta wobec euro. W ciągu trzech tygodni z 2,665 do 2,818 zł zdrożał frank szwajcarski. Spłata raty kredytu w wysokości 300 franków kosztowałaby nas więc prawie 46 zł, czyli o 5,7 proc. więcej. Po raz kolejny okazało się, że na siłę naszej waluty decydujący wpływ mają wydarzenia na rynku światowym oraz nastawienie inwestorów do ryzyka. Gdy wzrasta niepokój, czynniki związane z naszą gospodarką schodzą na dalszy plan. Jednak w dłuższym czasie nabierają większego znaczenia. Można więc mieć nadzieję, że gdy tylko obawy związane z uruchomieniem pomocy dla Grecji nieco osłabną, złoty odrobi sporą część poniesionych w ostatnich dniach strat. W tej chwili głównym powodem niepokoju jest zatwierdzenie wsparcia, zarówno przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, jak i parlamenty poszczególnych państw europejskich. O ile w przypadku Funduszu większych problemów nie należy się spodziewać, to ze zwiększoną nerwowością możemy mieć do czynienia w przypadku choćby Niemiec. Dyskusja może być tam gorąca, a wynik głosowania wcale nie tak pewny. Ze sporymi perturbacjami na rynkach finansowych możemy mieć więc do czynienia co najmniej do końca tego tygodnia, a niepokój nie opuści inwestorów prawdopodobnie aż do 19 maja, gdy mija termin spłaty przez Grecję zadłużenia w wysokości 9 mld euro. Dziś kurs dolara do złotego znalazł się na poziomie najwyższym od połowy lipca ubiegłego roku, frank od grudnia 2009 r., a euro jest najdroższe od początku lutego tego roku. Z obecnego poziomu wartości złotego wobec głównych walut zadowoleni są przedstawiciele Narodowego Banku Polskiego i Rady Polityki Pieniężnej. Wiceprezes NBP Witold Koziński ocenił dziś, że kurs euro sięgający około 4 zł jest bliski kursu równowagi, zaś Anna Zielińska-Głębocka z RPP stwierdziła, że nie ma obawy głębokiego spadku wartości złotego. Z osłabienia się naszej waluty cieszą się z pewnością nasi eksporterzy, którym silny złoty zaczynał już nieco doskwierać. Choć część analityków spodziewa się trwającej kilka tygodni tendencji dalszego osłabiania się złotego, prawdopodobnie jego skala nie będzie zbyt duża.

Roman Przasnyski
Główny Analityk Gold Finance

Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.

Gold Finance on Facebook
 
Sell in may, czyli będzie deszcz albo pogoda 05.05.2010

Sell in may, czyli będzie deszcz albo pogoda 05.05.2010 komentarz

Maj tego roku zaczął się dla posiadaczy akcji dość niefortunnie. Skala tej niefortunności jest dość zróżnicowana, ale nie wchodząc w szczegóły - nie jest dobrze. Jest nerwowo. Oczywiście przy tej okazji przypomina się znana giełdowa reguła: „sell in may, and go away”. Zaczyna się gorączkowe przeglądanie w wyszukiwarkach rzeczonego hasła, w poszukiwaniu wskazówek. Wychodzimy więc zapotrzebowaniu szukających naprzeciw. Od razu też, bez trzymania w napięciu do ostatniego akapitu konstatujemy: na dwoje babka wróżyła. Czyli będzie jak w tytule - albo deszcz, albo pogoda. Najstarsi warszawscy inwestorzy giełdowi przeżyli już 19 majów. Z tego jedenaście okazało się zyskownych, a osiem przyniosło straty. Sam maj jest więc mocno przeciętny wśród giełdowych miesięcy. Raczej nie należy się nadmiernie obawiać, pozostając w tym miesiącu z akcjami w portfelu, przyjmując jako wskaźnik miesięczną zmianę indeksu szerokiego rynku (czyli WIG) jako jedynego indeksu, który od 19 lat jest wyliczany. Średnia arytmetyczna stopa zwrotu ze wszystkich majów od początku naszej giełdy wynosi 5,16 proc. Dla inwestora taka obserwacja jest warta mniej więcej tyle samo, co ta, mówiąca, że pies i jego pan mają średnio trzy nogi. Nieco większą wartość ma rozdzielenie „włosa” na dwoje, czyli wyliczenie średniej wielkości zysku i średniej wielkości straty. Ta pierwsza zdecydowanie przemawia za trzymaniem akcji w maju, bowiem wynosi 13 proc. Średnia strata zaś sięga niespełna 6 proc. Proporcja całkiem przyzwoita i za majową nerwowością nie przemawia. Średnie wyniki naszego 19-lecia są jednak dość mocno „skażone” nadzwyczajnymi i raczej niepowtarzalnymi osiągnięciami z maja 1993 r., gdy w ciągu miesiąca WIG wzrósł o prawie 106 proc. Jeśli więc oczyścić nasz dość skromny „szereg czasowy” z wartości skrajnych, czyli owego „supermaja” i żeby było sprawiedliwie - z maja pod tym względem najgorszego, czyli z 1998 r. (indeks stracił 11,6 proc.), wyłania się obraz mniej korzystny niż poprzedni. Średni majowy zysk wynosi teraz jedynie 3,8 proc., zaś średnia strata 4,8 proc. Jednak przecież testujemy nie wyniki samego maja, ale reguły sprzedawania w maju i pozostawania poza rynkiem przez pewien czas. Można testować nieskończenie wiele wariantów tej strategii, przyjmując różną długość tego ostatniego parametru, czyli określania długości „pewnego czasu”. Dla uproszczenia przyjmijmy tylko jeden: sprzedajemy na ostatniej majowej sesji i pozostajemy bez akcji do końca grudnia tego samego roku. By ocenić „efektywność” takiej strategii, zakładamy, że porównujemy wartość WIG na ostatniej majowej sesji z jego wartością ostatniego dnia grudnia tego samego roku (wersja porównująca wartość WIG na początku maja z końcem grudnia nie zmienia zasadniczo wyników naszej analizy). W ten sposób możemy oszacować stopę żalu z nieosiągniętego przez ten czas zysku, jeśli indeks zwiększył swoją wartość. Lub stopę zadowolenia z nieponiesienia straty, gdy wskaźnik zniżkował. Trzymając akcje, wyrażone za pośrednictwem indeksu WIG od końca maja do końca grudnia, w dziewięciu na dziewiętnaście minionych lat osiągnęlibyśmy zysk, a w dziesięciu stratę. Z tej najprostszej „statystyki” wnika, że strategia „sell in may” ma minimalną przewagę nad strategią odwrotną. Średnia stopa zwrotu liczona metodą „pan plus jego pies, podzieleni przez dwa”, czyli łączenia zysków ze stratami, przemawia zdecydowanie przeciw pozbywaniu się akcji w maju, bo wynosi aż 15 proc. Stanowczość tego wniosku łagodzi znacznie poprzednia obserwacja, że tylko mniej więcej co drugi okres od końca maja do końca grudnia przynosi zysk, zaś pozostała połowa kończy się stratą. Rozdzielając panów i psy, otrzymujemy średni zysk z trzymania akcji od końca maja do końca grudnia równy 50 proc. i średnią stratę wynoszącą 15,5 proc. Nawet po wyeliminowaniu po obu stronach wartości skrajnych, zostaje prawie 28 proc. średniego zysku w ośmiu przypadkach na 17 i 12,6 proc. straty w 9 na 17 majów. Te dane przemawiają zdecydowanie przeciw zasadzie „sell in may and go awal”. A raczej przemawiałyby, gdyby nie ryzyko, że inwestor natknie się na przypadek podobny do tego z 2008 r., gdy w czasie od maja do grudnia WIG spadł o 41,5 proc. Czyli na przypadek, który dla statystycznej poprawności jednym ruchem z naszych wyliczeń wyeliminowaliśmy. Cały problem z różnymi „efektami” (np. stycznia), rajdami (np. św. Mikołaja), czy regułami typu „sell in may” ujawnia się wówczas, gdy oddalamy się od statystyki, a zbliżamy do naszego portfela i giełdowego parkietu „tu i teraz”. Pytanie praktyczne, a nie statystyczne brzmi więc, czy akcje trzymać, czy sprzedawać. A może kupować? Odpowiedź na nie sprowadza się do rozstrzygnięcia, czy „kawaleryjska” trwająca od czternastu miesięcy hossa, napędzana nadmiarem taniego pieniądza i nadziejami na szybkie odrodzenie globalnej gospodarki, ustąpi przed obawami o zdolność sporej części państw, nie tylko z grupy PIIGS, do poradzenia sobie z ogromnymi deficytami budżetowymi i zadłużeniem. A następnie z „czekającym w kolejce” problemem zaostrzania polityki pieniężnej, czyli przykręcania kurka z „darmowymi dolarami”. Do niedawna można się było spadków nie obawiać, dopóki w komunikatach po posiedzeniach Fed pojawiała się magiczna formułka, że stopy pozostaną na niskim poziomie przez dłuższy czas. Problemy Grecji i krajów grupy PIIGS ten sielankowy nastrój wyraźnie popsuły.

Roman Przasnyski
Główny Analityk Gold Finance

Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.

Gold Finance on Facebook
 
Złoto rekordowo drogie. W euro. 05.05.2010

Złoto rekordowo drogie. W euro. 05.05.2010 komentarz

W ostatnich dniach notowania złota szły w górę, nie bacząc na umacniającego się dolara. Ale takie rzeczy się zdarzają. Szczególnie, gdy na rynki zaczyna wkradać się niepewność i niepokój. Ten marsz w górę został powstrzymany dopiero we wtorek. Po dotarciu do 1191 dolarów za uncję, czyli jedynie 35 dolarów poniżej rekordu wszech czasów, nastąpiła gwałtowna korekta. Uncja złota staniała w ciągu kilkudziesięciu minut o 25 dolarów, czyli o 2 proc. Ale jednak wczoraj ceny złota ustanowiły rekord wszech czasów. Tyle, że licząc w euro. Przekroczyły one barierę 900 euro za uncję i dotarły przez moment do poziomu prawie 911 euro. Można powiedzieć, że to taka „grecka rekompensata” dla posiadaczy złota ze strefy euro. Bo to przecież Grecji zawdzięczamy potężne osłabienie euro, którego „skutkiem ubocznym” jest rekord ceny złota w euro. Zresztą skorzystali na tym także Szwajcarzy. Rekord świata cen złota wyniósł w Szwajcarii wczoraj prawie 1305 franków za uncję. Polacy mogli się we wtorek cieszyć jedynie rekordem w skali dwunastu miesięcy, na poziomie 3627,7 zł za uncję. Do rekordu wszech czasów z lutego 2009 r. wciąż brakuje nam 176 zł. To jednak Polacy mogą mówić, że są największymi wygranymi w całej złotej hossie, trwającej od wiosny 2007 r. (choć u nas lokalny dołek cen złota miał miejsce jesienią 2008 r.). W tym czasie uncja złota w złotych zdrożała o 105 proc. Inwestor ze strefy dolarowej, kupujący złoto, zarobił w tym czasie 92 proc., mieszkaniec strefy euro 90,5 proc., zaś Szwajcar jedynie 65,7 proc. Ostatnia, trwająca od lutego tego roku fala zwyżki cen złota, doprowadziła do wzrostu jego ceny w dolarach o 12 proc., w euro o prawie 18 proc., we frankach o niecałe 16 proc., a w złotych o 17 proc. Te różnice to efekt zmian kursów walut wobec dolara, w którym wyrażane są giełdowe notowania złota. Oczywiście wczorajszy gwałtowny spadek ceny złota wczesnym popołudniem można wiązać z równie gwałtownym umocnieniem się dolara. Tyle tylko, że przecież amerykańska waluta umacniała się zdecydowanie już od kilku dni i we wzroście cen złota zupełnie to nie przeszkadzało. Nie można powiedzieć, że niepokój na rynkach zniknął, wręcz przeciwnie, jeszcze się nasilił. Można powiedzieć, że doszło do realizacji zysków, jednak dynamika tego ruchu spadkowego wskazuje raczej na zamykanie krótkich pozycji przez „spekulantów”.

Roman Przasnyski
Główny Analityk Gold Finance

Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.

Gold Finance on Facebook
 
Klienci obrazili się na banki i nie chcą pożyczać 05.05.2010

Klienci „obrazili się” na banki i nie chcą pożyczać 05.05.2010

Zawirowania na rynku finansowym sprawiły, że bankom bardzo trudno trafnie przewidzieć popyt na kredyty – wynika z najnowszej ankiety NBP na temat sytuacji na rynku kredytowym w II kwartale 2010 r. Bankowcy mocno przeceniają popyt, więc w praktyce o oczekiwanych tłumach chętnych na kredyt nie ma mowy. Okazuje się, że miesiącami „przeganiani” przez banki klienci nie są skorzy wracać, nawet gdy polityka kredytowa staje się bardziej przyjazna. Najbardziej „obrazili się” na banki poszukujący kredytów konsumpcyjnych. Do bankowych okienek nie chce się też pukać dużym przedsiębiorstwom potrzebującym krótkoterminowego finansowania. Cokwartalna ankieta banku centralnego wśród przewodniczących komitetów kredytowych pokazuje, jak mocno banki „przestrzeliły” w szacowaniu zainteresowania pożyczaniem pieniędzy. Zaskoczyli wszyscy - od klientów indywidualnych po wielkie korporacje. Gdy w IV kwartale 2009 r. klienci indywidualni zdziwili banki większym popytem na kredyty mieszkaniowe, tym razem było odwrotnie. Wbrew oczekiwaniom połowy banków, że gotowych wziąć kredyt na początku roku przybędzie, wzrost popytu odnotowała jedynie co piąta instytucja. To jednak nic w porównaniu z zaskoczeniem, jakie przygotowali potencjalni klienci w przypadku kredytów konsumpcyjnych. Wygląda na to, że niemal nie chcą oni pieniędzy banków. Zamiast wzrostu popytu na finansowanie konsumpcji spodziewanego w blisko 40 proc. instytucji, w połowie doszło do spadku. Takiego rozdźwięku między oczekiwaniami a rzeczywistością nie było od co najmniej 6 kwartałów. Bardzo mocno rozminęło się to również z prognozami zainteresowania kredytami krótkoterminowymi przez duże firmy. Wbrew około 70 proc. wskazań, że w I kwartale będzie ich więcej, doszło do sporego spadku sprzedaży kredytów krótkoterminowych. Co było pewnie szczególnie bolesne, popyt mocno spadł również w porównaniu z IV kwartałem 2009 r. Najwyraźniej po okresie kredytowej posuchy, nawet gdy banki zaczęły otwierać się na kredytowanie, firmy starają się nadal radzić sobie same. Niewiele lepiej było z kredytami długoterminowymi dużych przedsiębiorstw. Między oczekiwaniami a realizacją jest 50 proc. rozstrzał. Lepiej udało się przewidzieć ruchy małych i średnich firm, szczególnie popyt na kredyty długoterminowe. Choć wydawałoby się, że zachowania klientów kredytowych nie powinny interesować osób z oszczędnościami, to jednak jest zupełnie inaczej. Mniejszy popyt na kredyty nie będzie dopingował banków do walki o depozyty.

Halina Kochalska,
Analityk Gold Finance

Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.

Gold Finance on Facebook
 
««  start « poprz. 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 nast.  » koniec »»

Pozycje :: 55 - 63 z 655

Dowiedz się więcej już teraz!


Zgodnie z ustawą z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (Dz. U. Nr 133, poz. 883) wypełniając ten formularz wyrażasz zgodę na przetwarzane Twoich danych osobowych i wykorzystywanie ich tylko do wewnętrznych celów statystycznych i marketingowych Gold Finance sp z o.o. Jednocześnie masz prawo wglądu do swoich danych, ich poprawienia lub usunięcia. Administratorem danych osobowych jest Gold Finance Sp z o.o., ul. Łucka 18 00-845 Warszawa.
Zgodnie z ustawą z dnia 26.08.2002 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną obowiązującą od 10 marca 2003 roku, wyrażam zgodę na otrzymywanie informacji handlowej drogą elektroniczną.
[x]
Proszę uzupełnić dane.