|
Polacy wciąż nie wiedzą, jak obsługiwać kartę kredytową 28.04.2010 |
|
Polacy wciąż nie wiedzą, jak obsługiwać kartę kredytową 28.04.2010
Po 13 latach od wydania na polskim rynku pierwszej karty kredytowej wątpliwości wokół zasad jej działania wciąż nie brakuje. Największy problem sprawia zrozumienie podstawy działania karty, czyli okresu bezodsetkowego oraz sposobu spłacania zadłużenia. Ale to nie jedyne przyczyny nieporozumień. Spytaliśmy u źródła, czyli w bankach, czego klienci w kartach najczęściej nie rozumieją i co ich denerwuje. Oto najczęstsze odpowiedzi, opatrzone objaśnieniami Gold Finance.
- Kłopot sprawia zrozumienie zasad cyklu rozliczeniowego. Kiedy się kończy, kiedy klient może i powinien spłacić zobowiązanie.
Posiadacz karty może często czuć się zdezorientowany, ponieważ musi rozróżnić dwie rzeczy - dzień zamknięcia cyklu rozliczeniowego na karcie i dzień w którym należy spłacić zadłużenie karty. Np. gdy dzień rozliczeniowy dla karty przypada na 30-ty dzień miesiąca, bank liczy wszystko co od 1 do 30 kwietnia klient kupił płacąc kartą. Przesyła wyliczenie, w którym rozpisane są wszystkie transakcje. Podana jest suma i informacja, ile co najmniej trzeba oddać, jeśli klient nie chce spłacić całości. Gdzie więc główny atrybut karty, czyli okres bezodsetkowy (grace period) trwający od 54 do 56 dni? Okres bezodsetkowy dla wszystkich zakupów zrobionych od 1 do 30 kwietnia liczony jest od 1 kwietnia i mija np. 24 maja. Zadłużenia na karcie nie trzeba spłacać natychmiast po otrzymaniu rozliczenia, lecz wtedy, gdy kończy się okres bezodsetkowy. Czyli w naszym przypadku 24 maja. Trzeba też mieć na uwadze, że za kilka dni przyjdzie już rozliczenie transakcji za maj, które z kolei powinno być spłacone w drugiej połowie czerwca.
- W efekcie część osób nadal nie rozumie, na czym polega okres bezodsetkowy i od kiedy jest liczony.
Okres bezodsetkowy, trwający w zależności od karty i banku od 54 do 56 dni, to w dużym stopniu kwestia umowna. Jeśli nasz przykładowy klient zrobił zakupy 30 kwietnia, a rozliczenie karty przypada na 24 maja, to jego okres bezodsetkowy wyniósł jedynie dwadzieścia kilka dni. Ponad 50 dni bez odsetek ma osoba, która obkupiła się na początku kwietnia.
- Stosunkowo długi czas od otrzymania wydruku z rozliczeniem karty do terminu jej spłaty powoduje, że łatwo zapomnieć o terminie płatności.
W takiej sytuacji pojawiają się kary. Nawet dzień opóźnienia w spłacie minimalnej części kredytu na karcie (trzeba oddać co najmniej 5 proc., a dokładna kwota wyliczona co do grosza znajduje się na rozliczeniu) rodzi opłatę karną w wysokości kilkudziesięciu złotych. Chyba, że klient ustawi na koncie automatyczną spłatę zadłużenia karty i nie będzie musiał o tym pamiętać. Jest jednak warunek - na rachunku musi być wystarczająca ilość pieniędzy.
- Każda karta ma swój limit kredytowy. Jego wysokość zależy od zdolności kredytowej klienta i zaufania banku do danej osoby. Kwota ta może się jednak zmieniać.
Przede wszystkim limit jest pomniejszany o kwotę, której klient jeszcze nie spłacił za poprzedni miesiąc. Wróćmy do naszego przykładu. Jeśli ktoś ma limit 4 tys. zł, a od 1 do 30 kwietnia wydał za pośrednictwem karty 2,5 tys. zł i zgodnie z okresem bezodsetkowym spłaci tę kwotę 24 maja, to do 24 maja ma do wykorzystania na karcie jedynie 1,5 tys. zł. Jeśli chce wydać więcej, musi spłacić wypracowane już zadłużenie. Jeśli klient nie spłaci całości w bezodsetkowym terminie, w limit wliczane są też ewentualne odsetki naliczane od zadłużenia. Limit, czyli maksymalna kwota zadłużenia, pomniejszana jest też o opłaty i prowizje związane z użytkowaniem karty, np. od ewentualnej wypłaty gotówki.
- Na jakiej zasadzie naliczane są odsetki w przypadku spłaty minimalnej części zadłużenia?
W sytuacji, gdy klient nie spłaci całości kosztów transakcji na karcie, a tylko wskazane minimum, bank liczy oprocentowanie całych zakupów „wstecz”, a nie od momentu zakończenia grace period. Bank fatyguje się, aby odsetkami obłożyć wszelkie najdrobniejsze zakupy i skrupulatnie oblicza oprocentowanie dla każdego drobiazgu od np. 20 zł wydanych w księgarni 1 kwietnia, 100 zł na zakupy w spożywczym 3 kwietnia, 55 zł w aptece następnego dnia, od 80 zł, które zapłaciliśmy u fryzjera czy 100 zł wydanych na wizytę u okulisty 27 kwietnia. Część osób z powodu takiego obrotu sprawy czuje się pokrzywdzona.
- Pretensje i niezrozumienie zasad działania karty pojawiają się też przy pobieraniu gotówki kartą.
Klienci są czasem przekonani, że wszystkie transakcje na karcie są w okresie bezodsetkowym nieoprocentowane. Tymczasem odsetki za wypłatę gotówki rosną od momentu jej pobrania (zdarzają się wyjątki). Dodatkowo kwota jest powiększona o sutą prowizję za dokonanie wypłaty z bankomatu.
- Banki dodając karty kredytowe do kredytów ratalnych lub nawet wypłacając kredyty ratalne na karcie, zacierają klientom różnicę między sposobem obsługi tych produktów.
Klienci nabierają przekonania, że wszystkie zakupy na karcie spłaca się jak zakupy na raty. Bardzo często więc sami zaczynają dzielić spłatę zakupów na raty. Nie rozumieją też, dlaczego nie spłacona od razu kwota wciąż rośnie (bank dodaje odsetki), a przecież w przypadku kredytu ratalnego się to nie zdarza.
- Błędem jest przekonanie, że banki czyhają, aby klient wpadł w kredyt na karcie i cały czas żył pod kreską płacąc wysokie odsetki.
Banki w przypadku kart kredytowych zarabiają nie tylko na odsetkach i opłatach za użytkowanie karty (i ewentualnych karach za spóźnienia w spłacie), lecz i na prowizjach od każdej transakcji bezgotówkowej. W Polsce jest to przeważnie od 1 do 2 proc. wartości transakcji. We wcześniej opisanym przypadku, gdy nasz przykładowy klient wydał 355 zł, bankowi wpłynęło na konto ok. 4-7 zł. Ale jeśli ktoś może sobie pozwolić na większe wydatki i wykonuje co miesiąc transakcje za kilka tysięcy złotych, bank zyskuje regularnie kilkadziesiąt złotych. Jeśli ktoś zadłuży się na karcie na 5 tys. zł przy oprocentowaniu 20 proc., zostaną naliczone miesięczne odsetki w wysokości 83 zł. Prowizja od transakcji bezgotówkowych wyniesie od 50 do 100 zł. Dodatkowo klient zadłużony jest zdecydowanie bardziej ryzykowny, a ten wciąż kupujący i spłacający nie przysparza bankowi żadnych zmartwień.
- Klienci nie znają usług dodawanych do kart.
Użytkownicy kart zapominają, że do plastików dodawane są np. ubezpieczenia, usługi assistance, pakiety klubowe czy programy rabatowe, na których mogliby skorzystać.
Takie same problemy klienci zgłaszają do KNF
Najpowszechniejsze problemy związane z kartami, wskazywane przez banki potwierdzane są w skargach składanych na karty kredytowe. Klienci najczęściej żalą się Urzędowi Komisji Nadzoru Finansowego na wysokość opłat za prowadzenie rachunku karty kredytowej (np. opłaty i odsetki za nieterminową spłatę, opłata za wydanie lub użytkowanie karty, opłaty karne, prowizja za wypłatę z bankomatu), sposoby spłaty i rozliczenia karty, nieprawidłowe rozliczanie transakcji dokonanych przy użyciu karty, nie zamykanie rachunków kart kredytowych po złożeniu przez klienta dyspozycji wypowiedzenia umowy i zwróceniu karty.
Ubyło skarg, bo mniej jest kart
Co ciekawe, liczba skarg na karty kredytowe zaczęła jednak spadać. W porównaniu z ubiegłym rokiem, gdy średnio wpływało ich ponad 20 miesięcznie, teraz po I kwartale było tylko 35. Może to być efektem rosnącej znajomości produktu, ale także odebrania kart sporej liczbie bardziej ryzykownych, a jednocześnie może mniej wyedukowanych klientów. Na 19 banków ankietowanych przez Gold Finance, aż 11 zmniejszyło portfel kart kredytowych w ostatnim kwartale 2009 r. 10 instytucji odebrało niemal 300 tys. kart. Sporo plastików zniknęło też w Kredyt Banku, ale na razie nie ujawnia on ile. Nie nadrobiły tego nawet banki, które wydawały więcej kart niż odbierały. Bilans w 19 instytucjach to spadek o około 200 tys. kart.
Halina Kochalska
Analityk Gold Finance
Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.
|
|
|
Unia nie może udawać Greka 28.04.2010 |
|
Unia nie może udawać Greka 28.04.2010 komentarz
Mieszanka polityki i ekonomii bywa zazwyczaj gorsza i bardziej niebezpieczna niż połączenie wodoru i tlenu w proporcjach 2 do 1. Oczywiście zanim to ostatnie zamieni się w całkiem bezpieczną wodę. W całym potężnym zamieszaniu wokół problemów gospodarczych i finansowych Grecji jesteśmy na etapie łączenia się wodoru z tlenem. Śmiem wątpić, czy energia powstająca przy okazji tej reakcji jest w stanie wysadzić w powietrze Unię Europejską, a przynajmniej doprowadzić do zagłady ten znienawidzony przez niektórych twór, jakim jest wspólny pieniądz - euro.
Grzech pierworodny
Gdy konflikt narasta, a zamieszanie sięga zenitu i nie bardzo wiadomo o co chodzi (poza pieniędzmi oczywiście), warto wrócić do punktu wyjścia. W tym przypadku raczej do punktu wejścia. A więc wejścia Grecji do Unii Europejskiej. Był to jedyny kraj, który nie spełniał żadnych kryteriów, by się w gronie zjednoczonych państw znaleźć. Ani ekonomicznych, ani politycznych. Mało tego. Był to jedyny kraj, który przez wiele lat (od 1981 r.) wszelkie ekonomiczne reguły wspólnotowe łamał i naruszał. I był to jedyny kraj Unii, któremu na to pozwalano. Nie wdając się w niuanse, o przyjęciu Grecji do Unii decydowały względy ambicjonalne (poszerzenie strefy wpływów) i polityczne („neutralizacja” wpływów partii socjalistycznej i niedopuszczenie do zbliżenia się Grecji w okolice wpływów bratnich socjalistycznych ugrupowań z niektórych innych państwach europejskich lub sąsiadujących z Europą).
Widziały gały, co brały, a później nie reagowały
Skoro Unia Europejska godziła się na taryfę ulgową dla Grecji i tolerowała ją jeszcze przez wiele kolejnych lat po akcesji, uzyskując z tego jakieś korzyści (niekoniecznie materialne), to wzdraganie się teraz przed ponoszeniem dalszych konsekwencji tego faktu, jest lekko niestosowne. Lament najgłośniej słyszalny, skądinąd słusznie, ze strony Niemiec, jest więc zrozumiały, ale wypada brutalnie stwierdzić: płakać i płacić. A sytuacja wspólnoty i Niemiec, jako jednego z głównych jej „fundatorów”, przypomina sytuację wierzyciela, który zbyt wiele zainwestował. Teraz to on ma większy problem niż jego dłużnik.
Zaprosić łatwo, wyrzucić trudniej
Obecne dyskusje, dotyczące możliwości wykluczenia Grecji ze wspólnoty lub choćby czasowego zawieszenia jej członkostwa, ujawniają pewne „niedoróbki” w unijnych rozbudowanych przecież przepisach i procedurach. Nie wiadomo, co miał na myśli jeden z ekspertów z liberalnej niemieckiej partii FDP, mówiący o tym, że „Grecja mogłaby wyjść ze strefy euro na pewien czas, gdyby nie udało się jej wystarczająco zacisnąć pasa, by zakwalifikować się do otrzymania pomocy z Unii Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego”. Do tego czasu Grecja, pozostając wciąż krajem unijnym, zdążyłaby ogłosić niewypłacalność. Bez unijnej pomocy grozi jej to już w najbliższych tygodniach. W poniedziałek kanclerz Niemiec Angela Merkel po raz kolejny stanowczo odrzuciła jakiekolwiek kroki, mające na celu wykluczenie lub wystąpienie Grecji ze strefy euro.
Teraz jest już za późno
Oczywiście dla Unii Europejskiej i wspólnej waluty byłoby znacznie lepiej, gdyby Grecja ogłosiła niewypłacalność już jako kraj „na jakiś czas nie będący w strefie euro”. Ale tego statusu Grecji w ciągu kilku tygodni „zapewnić” się nie da. A niewypłacalność kraju unijnego to cios dla całej Unii. Mimo całej niechęci do Grecji, Unia będzie musiała jej pomóc. We własnym interesie. A potem pomyśleć, co dalej. Pytanie, postawione w tytule wtorkowego wydania niemieckiego „Bilda”, brzmiące: „Dlaczego mamy płacić za luksusowe emerytury Greków”, jest klasycznym przykładem pytania retorycznego. Gdyby ktoś pokusił się o znalezienie na nie odpowiedzi, musiałaby ona brzmieć: „bo nie macie wyjścia”. Unii Europejskiej i strefy euro „na jakiś czas” zawiesić się nie da, a zlikwidować i trudno, i żal.
Roman Przasnyski
Główny Analityk Gold Finance
Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.
|
|
|
Na giełdach zapachniało paniką 28.04.2010 |
|
Na giełdach zapachniało paniką 28.04.2010 komentarz
Miniony wtorek, 27 kwietnia, nie zapowiadał się na rynkach finansowych szczególnie ciekawie. W kalendarzu nie było ważnych wydarzeń, ani publikacji istotnych danych. Wtorek okazał się jednak dniem, który wielu inwestorów będzie długo pamiętać. Być może zapisze się też, jako dzień przełomu. Niestety, niezbyt przyjemnego. Jeszcze w poniedziałek indeksy w Londynie i Frankfurcie ustanawiały kolejne rekordy trwającej od 9 marca ubiegłego roku fali imponujących wzrostów. Podobnie zachowały się wskaźniki na Wall Street. Ceny ropy naftowej grubo przekraczały 87 dolarów za baryłkę i były niższe od dwunastomiesięcznego rekordu o zaledwie dwadzieścia parę centów. Pierwszym sygnałem, że nastroje inwestorów się pogorszą, mogły być wtorkowe notowania na giełdzie w Chinach. Shanghai B-Share zniżkował o 2,4 proc., a Shanghai Composite tracił nieco ponad 2 proc. bez wyraźnego powodu. Podobnie dynamicznych spadków indeksów tamtejszy parkiet doświadczał już ostatnio 12 i 19 kwietnia. Ten z poprzedniego poniedziałku był nawet o wiele silniejszy. Na europejskich parkietach początek wtorkowej sesji niczym szczególnym się nie wyróżniał. Indeksy w Paryżu, Londynie i Frankfurcie minimalnie zniżkowały w porównaniu do poniedziałkowego zamknięcia. Sytuacja w ciągu dnia nieco się pogarszała, ale bez oznak większego niepokoju. Końcówka była już jednak dość dramatyczna. Paryski CAC40 tracił na zamknięciu 3,7 proc., niemiecki DAX zniżkował o 2,7 proc., a londyński FTSE o nieco ponad 2 proc. Z tak pokaźną skalą spadków ostatnio mieliśmy do czynienia w trakcie korekty z drugiej połowy stycznia, czyli przed trzema miesiącami. Winą za te spadki obarczyć można zamieszanie wokół Grecji. Indeks giełdy w Atenach zniżkował aż o 6 proc., dzielnie sekundował mu madrycki IBEX, spadający o niemal 4,2 proc. Ponad 3,3 proc. tracił też belgijski BEL20. To również nie przypadek. Choć Belgia nie została (jeszcze) zaliczona do grupy PIIGS, to jej dług publiczny przekracza 100 proc. PKB. Sporo komentarzy i informacji związanych z Grecją i pomocą temu krajowi pojawiło się w poniedziałek. Wskazywały one, że pomoc zostanie udzielona, choć w zamian za spełnienie ostrych warunków. Czyli nic odkrywczego. We wtorek pierwsza nowa informacja, jaka pojawiła się w związku z greckim kryzysem, pochodziła z ….Chin. Tamtejszy trzeci pod względem wielkości Bank China LTD poinformował, że zmniejszył swoje zaangażowanie w papiery dłużne Portugalii, Irlandii, Włoch, Grecji i Hiszpanii o 2,26 mld juanów (czyli o jedną trzecią) do 4,76 mld juanów. Następnie pojawiła się informacja rzeczniczki prasowej Komisji Europejskiej, że prace nad pakietem pomocy dla Grecji zakończone zostaną na początku maja, czyli przed upływem terminu spłaty przez Grecję około 9 mld euro wymagalnego zadłużenia. Nieco później pojawiły się informacje, że możliwe jest rychłe zwołanie nadzwyczajnego szczytu Unii Europejskiej w sprawie pomocy dla Grecji. Wydaje się jednak, że kluczowym dla sytuacji na światowych rynkach finansowych wydarzeniem było ogłoszenie obniżenia przez agencję Standard&Poors ratingu dla Grecji i Portugalii. Tym samym greckie obligacje z poziomu inwestycyjnego zdegradowane zostały formalnie do śmieciowego. Formalnie, bo faktycznie traktowane były tak już od dawna. Mniej więcej w tym samym czasie, czyli około godziny 17.00, runęły w dół indeksy na głównych giełdach europejskich. Kurs euro stoczył się gwałtownie poniżej poziomu 1,32 dolara, pod koniec dnia docierając do 1,316 dolara. Czyli do poziomu najniższego od połowy maja ubiegłego roku. Na naszym rynku we wtorkowy wieczór za dolara trzeba było płacić przez moment 2,98 zł, najdrożej od początku stycznia. Nie mniejsze perturbacje można było obserwować na rynku surowcowym. Cena ropy naftowej, jeszcze około godziny 16.00 sięgająca 87 dolarów za baryłkę, spadła do 85 dolarów, czyli o ponad 2 proc. w ciągu zaledwie kilku godzin. Notowania kontraktów terminowych na miedź zniżkowały o 4,7 proc. Jak przystało na tak nerwową atmosferę, klasycznie zachowały się notowania złota. Nie bacząc na dynamiczne umocnienie się dolara, cena uncji skoczyła z dziennego minimum, osiągniętego tuż przed godziną 16.00 na poziomie 1145 dolarów, do 1171 dolarów, czyli o 2,2 proc. To poziom najwyższy od pierwszej dekady grudnia ubiegłego roku. Do rekordu wszechczasów kruszcowi brakuje jedynie 55 dolarów, czyli 4,7 proc. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę, że notowania złota od ponad dziesięciu tygodni idą w górę, mimo że w tym samym czasie mamy do czynienia ze zdecydowanym wzrostem wartości dolara. Taka zgodność między cenami złota i kursem dolara występuje niezbyt często. Ostatnio mogliśmy ją obserwować jesienią 2008 r., mniej więcej wtedy, gdy upadał Lehman Brothers. Do całego tego zamieszania na koniec dołączyła giełda amerykańska. Indeksy na Wall Street poszły ostro w dół. S&P500 stracił we wtorek 2,34 proc., Dow Jones zniżkował o 1,9 proc., a Nasdaq o 2 proc. To największe tąpnięcie od 4 lutego, czyli od niemal trzech miesięcy.
Roman Przasnyski
Główny Analityk Gold Finance
Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.
|
|
|
Promocje kredytów hipotecznych przechodzą koło nosa...28.04.2010 |
|
Promocje kredytów hipotecznych przechodzą koło nosa prowadzącym działalność gospodarczą 28.04.2010
Banki ruszyły z ofensywą atrakcyjnych ofert kredytów mieszkaniowych. Wiele osób prowadzących działalność gospodarczą na pożyczenie pieniędzy nie ma jednak szans. Przedsiębiorcom niełatwo jest do siebie przekonać nie tylko urzędników, ale również bankowców. Aby skorzystać z takiej oferty, osoby prowadzące firmę muszą wykazać się np. roczną albo dwuletnią historią prowadzenia działalności. Problem ma również rzesza osób pracujących na umowy zlecenie i o dzieło, gdzie często poprzeczka stawiana jest jeszcze wyżej. Nie pozostaje im nic innego, jak z zazdrością spoglądać na „etatowców”, którym wystarczą 3 miesiące pracy.
Firmy prowadzi już ponad 2,8 mln osób
Co gorsza, wiele osób zostało przez pracodawców zmuszonych do przejścia z etatu na samozatrudnienie stosunkowo niedawno - w czasie kryzysu finansowego. W zeszłym roku działalność gospodarczą rozpoczęło 307 tys. osób, czyli ok. 40 tys. osób więcej niż jeszcze w 2008 r. i o prawie 60 tys. więcej niż w 2007 r. Do oczekiwanego przez banki stażu jeszcze im więc brakuje. Jak podaje GUS, w 2009 r. w Polsce osoby fizyczne prowadziły 2,815 mln firm. Efekt? Dziesiątki tysięcy ludzi o pożyczeniu pieniędzy na własne M mogą tylko pomarzyć. W najlepszym przypadku zamiast przebierać w najatrakcyjniejszych ofertach, muszą brać taką, która jest dla nich dostępna. Różnice w podejściu banków do samozatrudnionych są bowiem bardzo duże. W stosunkowo najlepszej sytuacji są osoby, które przeszły z etatu i obecnie jako samozatrudnione związane są z dotychczasowym pracodawcą. Druga nie najgorsza opcja to kontynuowanie pracy na działalności gospodarczej w tej samej branży, w której ktoś pracował jeszcze niedawno na etacie. Natomiast najgorzej mają osoby, które rozpoczynają zupełnie nową działalność.
Najlepiej, gdy działalność kontynuuje pracę z etatu
Najbardziej liberalny wobec osób zepchniętych z etatu na samozatrudnienie w tej samej firmie jest ING BSK. Bankowi wystarczy 1 miesiąc działalności, a łącznie z pracą na etacie 12 miesięcy. Łącznie 12 miesięcy wystarczy też w Banku BGŻ. W MultiBanku wystarczy funkcjonować w starym miejscu pracy na działalności 3 miesiące. Podobnie jest w BNP Paribas Fortis. W Getin Noble Banku i Millennium wymagane jest co najmniej 6 miesięcy. W DNB Nord wiele zależy od indywidualnej oceny, bo jest to mniej niż 12 miesięcy, ale nie mniej niż 1 miesiąc. W drodze negocjacji ustala się to w Nordea Banku i DB PBC. W Pekao potrzeba 12 miesięcy. W BZ WBK konieczny jest jeden pełny rok kalendarzowy, o ile kredyt nie przekracza 200 tys. zł. Gdy kwota jest wyższa, trzeba wykazać się 2-letnią historią.
Rozpoczynający działalność w nowej branży ma najtrudniej
Osoby rozpoczynające dopiero działalność gospodarczą w nowej dla siebie branży muszą wykazać się stosunkowo najdłuższą historią. W BNP Paribas Fortis, jeśli jest to pierwsza działalność, trzeba ją prowadzić co najmniej rok. Podobnie jest w Pekao, DnB Nord, Getin Noble Banku, ING BSK, Millennium. W BZ WBK musi to być rok kalendarzowy. W Nordea Banku, MultiBanku czy mBanku trzeba pokazać umiejętność utrzymania się na gospodarczej powierzchni aż 2 lata, a w DB PBC może się okazać jeszcze więcej, bo bank wymaga 2 pełnych lat kalendarzowych. Tymczasem wobec osób zatrudnionych na etacie, panujący na rynku standard to min. 3 miesiące stażu. Tylko czasami konieczny jest półroczny okres pracy np. w Nordea Banku czy DB PBC.
Konieczna stabilność dochodów
Dłuższy oczekiwany czas trwania samozatrudnienia niż stażu na etacie to nie jedyny kłopot prowadzących firmy. Bardzo ważne jest spełnienie kolejnego kluczowego kryterium stawianego przez banki – osiągania stabilnych dochodów. Banki oczekują, aby pieniądze na konto prowadzącego działalność trafiały raz na miesiąc, albo przynajmniej raz na kwartał. Wszelkie nieregularności w czasie, a także skoki i spadki wpływów w poszczególnych miesiącach interpretowane są na jego niekorzyść. Osoba, której udaje się zarobić dużo, ale tylko 2-3 razy do roku, może mieć ogromny problem z uzyskaniem kredytu hipotecznego.
Halina Kochalska,
Łukasz Wiejak,
Analitycy Gold Finance
Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.
|
|
|
Zniknęły kredyty zagrożone 26.04.2010 |
|
Zniknęły kredyty zagrożone 26.04.2010 komentarz
Próżno szukać kredytów zagrożonych w tabelach NBP za marzec. Z niemal 49 mld zł kredytów zagrożonych firm i gospodarstw domowych w lutym, w marcu nie zostało nic.-Dane będą publikowane i powinny pojawić się w najbliższych tygodniach – zapewniają w departamencie statystyki banku centralnego. Zmieni się metodologia kwalifikacji kredytów do kategorii zagrożonych – dowiedział się Gold Finance. Obecna pochodzi z polskich standardów rachunkowości, niestosowanych już przez wiele banków. A PSR zakładają sztywny przydział kredytów do poszczególnych kategorii i opierają się przede wszystkim na kryterium terminowości spłat. Do kredytów zagrożonych zaliczane są więc kredyty poniżej standardu, czyli spłacane z opóźnieniem od 1 do 3 miesięcy, kredyty wątpliwe, które regulowane są od 3 do 6 miesięcy po terminie oraz kredyty stracone, czyli nieoddawane przez ponad 6 miesięcy. Tymczasem według Międzynarodowych Standardów Rachunkowości, bank ma za zadanie obserwować i szacować utratę wartości portfela kredytowego. Obecnie bank centralny współpracuje z Urzędem Komisji Nadzoru Finansowego nad ustaleniem nowej metodologii liczenia kredytów zagrożonych. Nowe dane będą więc się nieco różniły od dotychczas publikowanych kwot. Szkoda, że dzieje się to w momencie, gdy obserwacja wszelkich zmian ma bardzo duże znaczenie dla rynku.
Halina Kochalska
Analityk Gold Finance
Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.
|
|
|